Poezja jesienna

•01/11/2009 • 1 komentarz

5Za oknem czysty błękit nieba i przecudna rzymska jesień, a mnie na dobre złapało przeziębienie. Najgorszy ze wszystkich objawów aktualnej niemocy jest zwłaszcza paskudny kaszel, którego natężenie zdaje się sugerować, że umieram już na galopujące suchoty. Nic więc dziwnego, że gdy tylko zszedłem dziś rano na śniadanie, Artur natychmiast zawrócił mnie do łóżka i stanowczo zabronił jakiegokolwiek wychylania nosa z pieleszy.

Zamiast spaceru na cmentarz z przyjaciółmi pozostaje mi zatem słuchanie „zaduszkowej” Siesty Kydryńskiego i nadrabianie zaległości w czytaniu, a wcześniejsze plany nawiedzenia grobu Johna Keatsa odkładam na czas bliżej nieokreślony. Nie mogąc zapalić znicza na mogile ulubionego angielskiego romantyka, sięgam po jeden z najpiękniejszych jego wierszy, w sam raz na listopadową porę. Powstała 190 lat temu „Oda do jesieni” nieodmiennie zachwyca mnie swym lirycznym kunsztem. Tutaj w genialnym tłumaczeniu Stanisława Barańczaka:

Poro mgieł i miękkiego owoców rumieńca
Powiernico sekretów Słońca, gdy, w obrzędzie
Dojrzewania, girlandą ciężkich gron uświęca
Wspinaczkę winorośli pod strzechy krawędzie;
Ty, co wiesz, jak ciężarem jabłek giąć omszały
Konar, słodyczą sycić owoc aż do rdzenia,
W orzechu spęczniać jądro, nadymać otyłą
Dynię; jak skłaniać późne kwiaty do kwitnienia
Raz, i raz jeszcze, aby pszczoły stąd czerpały
Pewność, że nigdy letnie nie miną upały,
Choćby ciągliwe złoto w ul się nie mieściło.

Któż cię nie widział, poro bujna, choć najcichsza?
Kto wzrokiem w dal wybiega, oczy nieraz przetrze,
Widząc, że siedzisz sobie na klepisku spichrza,
Z falą włosów wznoszącą się miękko na wietrze;
Lub uśpiona oparem maków, co w krąg płoną,
Leżysz w polu, a czerwień kwiatów zarumienia
Łan, który zżęcia jeszcze przez chwilę unika;
Lub głowę twoją, koszem kłosów obciążoną,
Widać tylko, gdy brodzisz korytem strumienia;
Albo też godzinami nie spuszczasz spojrzenia
Z sączącej się spod prasy strużki jabłecznika.

Gdzie wiosenne piosenki? Dlaczego przebrzmiały?
Mniejsza z tym; twoich własnych muzyk tajemnica
Z płatków obłoków składa zachodu chorały
I różanym odcieniem ścierniska nasyca;
A wtedy cienki lament komarów odurza
Chylące się w powiewie sitowie zatoki
I trzciny, które rzeczna fala rozkolebie;
I podrosłe jagnięta beczą u stóp wzgórza;
I w trawie grają świerszcze; i gwizd swój wysoki
Drozd z gałązki wysyła w gasnące obłoki;
I jaskółki zwołują się w wieczornym niebie.

Ja wysiadam!

•30/10/2009 • 1 komentarz

Do pisania kolejnej notki podchodziłem już w zeszłym tygodniu. Niemal codziennie siadywałem do laptopa, by w końcu nadrobić zaległości pisarskie, jednak za każdym razem coś mi przerywało. Nie mam pojęcia, jak wytłumaczyć ów zmasowany atak coraz to nowszych, niecierpiących zwłoki, spraw do załatwienia, które zwalają mi się ostatnio na głowę z impetem górskiej lawiny.

Najwyraźniej moi bliżsi i dalsi znajomi doznali nagłego olśnienia, że skoro jestem mieszkańcem Wiecznego Miasta, to mogę im służyć jako centrala noclegowo-informacyjno-turystyczna. Prośby sypiące się jak z rękawa skutecznie przyhamowały moją działalność blogerską, że o zwykłych studenckich obowiązkach już nie wspomnę. Rezerwowanie miejsc campingowych, przesyłanie papieskich błogosławieństw, tłumaczenie kolejnych tekstów i zdobywanie nowych pozycji filatelistycznych Poczty Watykańskiej tak mnie wymęczyło, że kolejny rok akademicki zaczynam z poślizgiem, a w pracy naukowej rozkręcam się w tempie przedwojennej pralki…

Ostatecznie jednak powiedziałem dziś basta! Bezwolne kręcenie się w kołowrotku ostatnich dni pora już przerwać. Przez chwilę nie ma mnie dla nikogo, zajmuję się swoimi sprawami!

Skoro świt pojechałem zatem na uczelnię, popracowałem, wyciszyłem się. Pokaźna dawka nowej wiedzy skutecznie mnie pochłonęła, zaś powracające co jakiś czas natrętne telefony jednego z przyjaciół z ciężkim sercem po prostu zignorowałem.

W południe spotkałem się z Arturem, który od dawna proponował mi małe przemeblowanie pokoju. Przy okazji jakiegoś five o’clocku mój kolega (zwany nie bez przyczyny Panem Porządnickim) wpadł na pomysł, jak można w moim lokum wygospodarować nieco więcej przestrzeni. A jako, że usilnie postanowiłem się dziś trzymać programu mind your own business, wcieliliśmy w końcu Arturowe koncepcje w życie. Przez pół dnia mój pokój wyglądał, co prawda, jakby przeszło przez niego tornado, jednak końcowy efekt jest olśniewający! Proste przemeblowanie Pana Porządnickiego dało mi sporo otwartej przestrzeni w pokoju i całe mnóstwo frajdy w sercu.

Przepięknym dopełnieniem mojego day off stał się za to wieczorny wypad z Krzyśkiem do kina (tak, tak – to ten sam Krzysiek od zakopiańskiego oscypka). Obydwaj jesteśmy fanami Meryl Streep, zatem filmu Julie & Julia nie mogliśmy nie zobaczyć. Na nasze szczęście udało nam się dostać na seans z oryginalną wersję językową – wiemy wszak z doświadczenia, że włoski dubbing już niejednokrotnie doprowadził nas na skraj załamania nerwowego. Tym razem jednak towarzyszyły nam same pozytywne emocje: na widok kolejnych serwowanych na ekranie potraw kiszki marsza nam grały, fabuła wprawiła nas w radosny nastrój, zaś występ Meryl był po prostu upojny!

Ostatecznie więc trochę odreagowałem napięcie ubiegłych tygodni i właściwie zacząłem wychodzić na prostą. Żeby jednak nie było zbyt kolorowo, to czuję wyraźnie, że właśnie złapało mnie przeziębienie. Jak nie urok, to… przemarsz wojsk radzieckich! Zaopatrzony w pokaźne dawki aspiryny, ewakuuję się zatem w stronę łóżka i nastawiam psychicznie na kolejne dni wycięte z życiorysu. Chociaż, kto wie? Może znajdę wreszcie chwilę, by uporządkować moje maltańskie zapiski i wrócić do rozpoczętej tu ostatnio opowieści?

A presto!

Operacja Malta: preludium

•17/10/2009 • Dodaj komentarz

Wyjazd na Maltę został szczegółowo zaplanowany jeszcze przed wakacjami. Krzych zabukował bilety lotnicze, Łukasz przyrzekł zorganizować samochód, ja dokonałem rezerwacji w hotelu, zaś Marcin zajął się przygotowaniem programu naszej wyprawy. Całe to październikowe przedsięwzięcie, nazwane roboczo „operacja Malta”, zapowiadało się niezwykle ekscytująco.

Wszystko było już dopięte na ostatni guzik, gdy niespodziewanie pojawiły się komplikacje. Okazało się bowiem, że dokładnie na dzień naszego wyjazdu wyznaczono termin egzaminu licencjackiego Łukasza. Nad krótką chwilą paniki zapanowała na szczęście chłodna kalkulacja, z której jasno wynikało, że jeśli nasz kolega podejdzie do kolokwium jako pierwszy, wtedy bez większego problemu uda nam się na czas dotrzeć do Pizy, skąd popołudniu miał wylatywać nasz samolot na Maltę. Uspokojeni tą perspektywą, odłożylismy na bok dalsze rozważania logistyczne i oddaliśmy się ostatnim sprawunkom w Wiecznym Mieście.

Wyczekiwany dzień wyjazdu zastał nas jednak w rozsypce. Około godziny dziesiątej trzydzieści sytuacja wyglądała następująco: półprzytomny Łukasz ospale się pakował, przebywając jeszcze myślami na zdanym co dopiero egzaminie, Marcin i ja orbitowaliśmy wspomnieniami wokół wieczornego koncertu Tori Amos, a Krzysiek… No właśnie. Gdy w końcu znieśliśmy nasze bagaże do samochodu, okazało się, że naszego towarzysza po prostu gdzieś wcięło. Ta nagła absencja najbardziej pedantycznego i drobiagowego przedstawiciela naszej czwórki była wysoce podejrzana, a kolejne nerwowe rzuty oka na zegarek sprawiały, że oczyma duszy zaczęliśmy już widzieć samolot odlatujący z Pizy bez nas.

Krzych pojawił się po dobrych kilkunastu minutach i za zdziwieniem przyjął nasze święte oburzenie, tym bardziej, że – jak się okazało – był zajęty wyjątkowo ważną czynnością: krojeniem w plasterki oscypka, który (przywieziony na tę okazję z Zakopanego) miał urozmaicić barwę smakową naszych podróżnych kanapek… Tłumaczenie Krzyśka na krótki moment odebrało nam mowę, jednak rosnące z każdą minutą opóźnienie natychmiast dodało nam wigoru i bez zbędnych dywagacji ruszyliśmy w końcu w drogę. Ku naszemu zdumieniu Seicento Łukasza pokazało motoryzacyjny pazur i udowodniło, że jest zdolne pokonać trasę Rzym-Piza w przeciągu zaledwie czterech godzin. Na toskańskie lotnisko wpadliśmy więc w sam raz w momencie rozpoczęcia odprawy, dziękując w duchu Opatrzności, że przez równo pokrojonego zakopiańskiego oscypka (skądinąd bardzo smacznego) nasza wyprawa nie legła w gruzach…

Sam lot na Maltę – dość krótki i spokojny – wyciszył wszelkie emocje i pozwolił nam nieco się zrelaksować, zaś pierwszy rzut oka na hotel i ogromny apartament, w którym mieliśmy zamieszkać, od razu wprawił nas w szampański humor.

Kiedy w końcu ochłonęliśmy z wrażeń i wydawało się, że wszystko jest już pod kontrolą, za oknem rozpętała się burza. Co mówię! Burza, to mało powiedziane. Potężne tornado, które przy wtórze grzmotów i wodospadów lejących się z nieba zginało konary palm nad hotelowym basenem, przypominało raczej słynną scenę z filmu Devil Wears Prada, w której Miranda Priestly skarży się na „absurdalne problemy pogodowe” w Miami i żąda, by natychmiast załatwić jej lot do Nowego Jorku. W milczeniu kontemplowaliśmy przez szyby ów kapryśny wybryk pogody, zastanawiając się, jak w owych warunkach będą wyglądać nasze wymarzone wakacje na Malcie?

Aby poznać odpowiedź musieliśmy jednak uzbroić się w cierpliwość i poczekać do rana.

Tori Amos in technicolor

•30/09/2009 • Dodaj komentarz

3

Była wczesna wiosna roku Pańskiego 2007. Damian z tajemniczym uśmieszkiem wręczył mi mały pakunek i dodał: masz miesiąc, by nauczyć się tego na pamięć… Rozpakowałem ów niespodziewany prezent i ze zdumieniem przetarłem oczy: w rękach trzymałem świeżutki krążek Tori Amos wraz z dołączonym do niego zaproszeniem na rzymski koncert wokalistki, inaugurujący światową trasę American Doll Posse Tour. Mój irlandzki przyjaciel nie mógł mi chyba sprawić większej radości i do dziś z wyjątkowym wzruszeniem wspominam tamten występ Tori.

Damian zadbał zresztą o odpowiednią otoczkę wieczoru, który zainaugurowaliśmy obfitą kolacją w jednej z restauracji przy Piazza di Spagna. Co prawda pod koniec posiłku z lekkim niepokojem zauważyłem, że szumi mi w głowie i że być może jedna butelka białego wina to trochę za dużo na dwie osoby, ale Damian ze śmiechem zapewnił, że dzięki temu będzimy mieć lepszy odbiór koncertu w wersji widescreen, technicolor & surround effect.

Przez ową kolację spóźniliśmy się, co prawda, na meet & greet, czyli przedkoncertowe spotkanie artystki z fanami, niemniej jednak doskonały nastrój nie opuścił nas tego wieczoru. Tori okazała się bowiem eksplodującym wulkanem muzycznej energii, która rozgrzała do czerwoności szczelnie wypełnione fanami wnętrza rzymskiego Teatro Sistina. Moje prywatne odloty przy Crucify i Cornflake Girl były zresztą niczym w porównaniu z szaleństwem Damiana, który przy Silent All This Years krzyczał do wokalistki, że chce być jej stołkiem do pianina ;-P

Nasze ówczesne ekscesy przychodzą mi teraz na pamięć, gdy z napięciem spoglądam na wskazówki zegarka. Do kolejnego rzymskiego spotkania z Tori Amos pozostały bowiem już tylko godziny. Dzisiejszy wieczór na trasie Sinful Attraction zapowiada wielkie emocje…

Anna Maria, egzaminy i sauny aromatyczne

•23/09/2009 • 2 komentarzy

Piotrek obawiał się nieco wtorkowego egzaminu z mechaniki, który miał ostatecznie uwieńczyć (albo pogrzebać) pierwszy rok jego studiów. Przy tej okazji, jako stary student-wyjadacz, przypomniałem sobie własne obawy, które nawiedzały mnie podczas pierwszych zmagań sesyjnych. Na szczęście już na samym początku mojej studenckiej kariery wypracowałem sobie stosowny dystans do wszystkich zaliczeń i egzaminów. Najlepiej może świadczyć o tym postanowienie, które uczyniłem podczas mojej pierwszej sesji: jeśli zdam wszystko bez problemów, to sprawię sobie jakąś nagrodę, a jeśli nie zdam, to sprawię sobie… nagrodę pocieszenia. Dzięki tej przemyślnej metodzie motywacyjnej podchodziłem zawsze do egzaminów w doskonałym humorze i zdawałem je w miarę wyluzowany.

Pamiętam zresztą doskonale pierwszą nagrodę, którą zafundowałem sobie po szczęśliwym zakończeniu pierwszego semestru studiów. Tak się złożyło, że na Liście Przebojów Trójki szalała akurat piosenka Joszko Broda, zatem bez namysłu zdecydowałem, że doskonałym uwieńczeniem sesji zimowej ‘98 będzie zakup debiutanckiego krążka Anny Marii Jopek. Nagroda sprawiła mi, rzecz jasna, całe mnóstwo frajdy, choć wtedy jeszcze nawet przez myśl mi nie przeszło, że kilka lat później stracę dla muzyki Anny Marii serce i głowę, stając się jednym z najbardziej zapalonych Jopkologów na świecie. Ten temat jednak zostawię może na kiedy indziej.

Grunt, że mój pomysł stosownego nagradzania każdej zakończonej sesji doskonale przypadł do gustu Piotrkowi. Po porannych zmaganiach przyjaciela z mechaniką, 2zafundowaliśmy sobie przemiłe popołudnie w jednym z pobliskich aquaparków. Spośród wszystkich wodnych atrakcji najbardziej do gustu przypadł nam jednak wypoczynek w saunach, a zwłaszcza tych aromatycznych. Trzy relaksujące seanse inhalacyjne doskonale nas odprężyły i przy okazji wycisnęły z nas zdumiewające ilości wody. Na dzień dobry zaserwowano nam egzotyczny aromat „noc polarna z rumiankiem”, w drugiej odsłonie kamienie sauny polano słodkawym olejkiem miodowym, a na zakończenie mogliśmy się rozgrzać przy zapachu zielonej herbaty.

Piotrek, co prawda, zapalił się jeszcze do wypróbowania malutkiej sauny ekstremalnej (w porywach temperatura dochodzi tu do 140° C), ale po czterech minutach siedzenia w ukropie grzecznie za atrakcję podziękował, a ja dałbym głowę, że widziałem, jak mu para wychodzi uszami. Tak czy inaczej, wybór nagrody na zakończenie sesji był wyjątkowo udany, tym bardziej, że uwieńczeniem wieczoru stało się jeszcze posiedzenie przy winie, połączone z oglądaniem koncertowego DVD pewnej znanej polskiej artystki. I chyba nie muszę pisać o kogo tu chodzi…

EuroBasket fever

•19/09/2009 • 2 komentarzy

W Katowicach zrobiło się nagle gęsto i kolorowo. Wielojęzyczne tłumy buszują sobie po mieście, wypełniają szczelnie kafejki, a przede wszystkim kłębią się w okolicach Spodka. Wszystko to, rzecz jasna, za sprawą Mistrzostw Europy w koszykówce, które bezsprzecznie zawładnęły stolicą Górnego Śląska.

Jako umiarkowany fan tego sportu odnosiłem się do EuroBasketu dość obojętnie i nawet widok kilku koszykarzy, którzy niespodziewanie pojawili się na siłowni, zupełnie mnie nie poruszył. Tymczasem wczoraj rano w związku z tą właśnie imprezą sportową omal nie dostałem zawału serca!

- Co porabiałeś wieczorem? – zapytał uprzejmie mój szef podczas porannej kawy. Wiedziony niemiłym przeczuciem, które podpowiadało mi, że pewnie szef wynalazł dla mnie jakąś dodatkową pracę, bąknąłem coś o mnóstwie tłumaczeń, którymi muszę się w tych dniach pilnie zająć. Szef jednak machnął tylko ręką, po czym beznamiętnie zakomunikował, że niespodziewanie zdobył bilet na rozgrywki EuroBasketu i… chciał mi go sprezentować! Ponieważ jednak nie mógł mnie znaleźć, jego wejściówka do loży VIPowskiej po prostu przepadła…

O tym, że oniemiałem z wrażenia nie muszę chyba mówić. Pytanie tylko, co zatkało mnie najbardziej: świadomość utraconej szansy zobaczenia na żywo meczu Hiszpania-Francja, nagły przypływ hojności szefa, czy też fakt, że nie wpadł on na to, by po prostu zadzwonić do mnie na komórkę?

Przez cały dzień chodziłem więc rozeźlony jak osa i nawet epizod z pewną tłustą blondynką, która w Gymnasionie wzięła mnie za trenera nie zdołał poprawić mi humoru. W końcu wieczorem głośno wyraziłem przy szefie moją dezaprobatę wobec tak niewiarygodnego marnotrawstwa nadarzających się okazji podniesienia poziomu naszej sportowej elokwencji. I w tym właśnie momencie po raz drugi oniemiałem z wrażenia! Szef nagle coś sobie przypomniał, klepnął się w głowę i ze skruchą wyznał, że właściwie, to ma w zanadrzu jeszcze jeden bilet – tym razem wciąż aktualny. Mrożące krew w żyłach spojrzenie, które na owe dictum mu posłałem, mogłoby bez wątpienia powalić byka! Szef obrócił się tylko potulnie na pięcie i kurcgalopkiem popędził do gabinetu, by już po chwili wręczyć mi wejściówkę, która o mały włos znów by przepadła.

Szybki rzut oka na bilet upewnił mnie, że do rozpoczęcia meczu pozostały mi jeszcze niecałe dwie godziny. W przypływie nagłego wigoru odwołałem więc zaplanowane na wieczór spotkanie i bez zwłoki pognałem w kierunku Spodka, dziękując Bogu, że jest on tak blisko.

Ćwierćfinałowa rozgrywka między drużynami Słowenii i Chorwacji dostarczyła mi całego mnóstwa ekstremalnych emocji.

Po pierwsze, już samo wspaniale odnowione wnętrze katowickiego Spodka wywarło na mnie oszałamiające wrażenie (zwłaszcza super nowoczesny okrągły telebim zawieszony pod kopułą hali) i pozwoliło mi wypiąć pierś w poczuciu dumy z bycia Ślązakiem.

Po drugie, zachwyciła mnie niezwykła wprost pomysłowość oryginalnie poprzebieranych kibiców (genialne były zwłaszcza czapeczki Słoweńców), zaś głośny doping i upiorne trąbienie omal na trwałe nie pozbawiły mnie słuchu.

Po trzecie, do mojego dość luźno wypełnionego sektora wtargnęła w połowie meczu grupa cheerleaderek, które tego wieczora były bezrobotne (ich występ odwołano z powodu tragedii na kopalni Wujek) i postanowiły z trybun dopingować swoich faworytów. Ich pojawienie się sprawiło, że najpierw zostałem odurzony szałem zapachów (czy one się w swoich perfumach kąpią?), a następnie oślepiony fleszami reporterów, którzy przybiegli je fotografować. O pojawieniu się kamery i o tym, jak wcisnąłem głęboko na czoło moją czapkę, udając, że jestem powietrzem w tłumie rozchichotanych cheerleaderek, już nawet nie wspomnę…

I w końcu po czwarte, czyli najważniejsze, niezwykłych emocji dostarczył mi sam mecz koszykówki. Już na samym początku wiedziałem, że będę kibicować Słoweńcom. Nie żebym, był jakimś ich specjalnym fanem – po prostu tak się złożyło, że miałem kiedyś na studiach wykłady zarówno z pewnym Słoweńcem, jak i z Chorwatem. Pierwszy z nich był porywającym wprost mentorem, zaś drugi nieprawdopodobnie chamskim upierdliwcem. Uraz do Chorwatów zakorzenił mi się więc głęboko w pamięci i cała moja sympatia skierowana była wczoraj ku drużynie słoweńskiej. Już zresztą sama zielona bluza, którą na siebie włożyłem, dobitnie świadczyła o tym, komu tu kibicuję. Niestety jednak brutalna nieco gra Chorwatów sprawiła, że moi faworyci od samego początku nie potrafili zdobyć przewagi, a ja siedziałem jak na szpilkach. Słoweńcy otrząsnęli się na szczęście w trzeciej kwarcie meczu i w końcu przepięknie odrobili swe straty, choć napięta sytuacja trwała aż do ostatnich sekund rozgrywki. Jakaż była więc moja ulga, gdy mecz zakończył się minimalnym zwycięstwem Słoweńców 67:65!

EuroBasket wciągnął mnie zatem na dobre i całą niefrasobliwość szefa zdołałem już puścić w niepamięć. Teraz pozostaje mi tylko kibicowanie koszykarzom „na sucho”, no i oczywiście pilny monitoring szefa przy okazji kolejnych eventów sportowo-kulturalnych w naszym regionie…

Spinning

•16/09/2009 • Dodaj komentarz

1

Spinning to jedno z kluczowych słówek tegorocznych wakacji.

Ponieważ absolutnie nie toleruję pasywnego wypoczynku, namówiłem Piotrka na odnowienie naszej znajomości z miejscową siłownią. Po niemal dwóch latach absencji wygrzebałem z szuflady kartę członkowską i wraz z przyjacielem na nowo zawitałem w eleganckie progi katowickiego Gymnasionu.

Na starcie miało być, rzecz jasna, lekko i przyjemnie. Pamiętamy, co prawda, podstawowy zestaw ćwiczeń ogólnorozwojowych, pomyśleliśmy jednak, że na ten nowy początek, poprosimy o nieco świeżych instrukcji. Jako, że mój dawny trener najwyraźniej był nieobecny, zwróciliśmy się (ku własnej zgubie!) do pełniącego akurat dyżur dziewczęcia. Przemiła aparycja owej niewiasty okazała się bowiem zwodniczo myląca! Katarzyna – tak przedstawiła się nasza nowa trenerka – wzięła nas w obroty bez zbędnych ceregieli i szybko okazało się, że posiadamy wybitnie odmienne zdanie na temat podstawowego zestawu ogólnorozwojowych ćwiczeń dla początkujących…

Nie wiem jakim cudem przez ponad godzinę udało nam się zachować kamienne twarze, podczas gdy Kasia wyciskała z nas siódme poty i, co gorsza, nie spuszczała nas przy tym z oka nawet na moment. Dopiero w szatni mogliśmy nieco odsapnąć i szeptem podzielić się wrażeniami. Pierwsze było, rzecz jasna, dość negatywne: oto staliśmy się ofiarami wrogiej bojówki feministycznej, która bez litości znęca się nad każdym napotkanym przedstawicielem rodzaju męskiego! Metafizyczna palma fitness-męczeństwa już niemal spoczęła na naszych skroniach… Po namyśle doszliśmy jednak do wniosku, iż prawda może być nieco bardziej banalna: otóż zapewne Katarzyna dała się zwieść naszym wspaniale wysportowanym sylwetkom (;-P) i od razu rzuciła nas na głębokie wody ćwiczeń dla zaawansowanych osiłków…

Tak czy inaczej zajęcia z Kasią (jakimś cudem zawsze nas wypatrzy, gdy tylko pojawiamy się na siłowni) szybko zyskały konkurencję w postaci Spinningu. Jako, że jesteśmy z Piotrkiem zapalonymi miłośnikami kolarstwa, naszą uwagę szybko przykuła salka z piętnastoma rowerami stacjonarnymi. Jeden rzut oka na grafik proponowanych ćwiczeń wystarczył, by natychmiast zgrać z nimi nasze wizyty w Gymnasionie. Obawialiśmy się początkowo, że takie pedałowanie w miejscu będzie nużące i dość monotonne. Jednak już pierwsze zajęcia Power Bike (zwane popularnie Spinningiem) oszołomiły nas bogactwem wrażeń i możliwości. Dynamiczne zmiany tempa, obciążenia i pozycji to prawdziwe szaleństwo w rytmach energetycznej muzyki! Z miejsca połknęliśmy rowerowego bakcyla, a Spinning niepodzielnie stał się ulubionym sposobem spędzania naszego wolnego czasu.

Jednym słowem: pozytywnie nas zakręciło!

To, co nienazwane

•15/09/2009 • Dodaj komentarz

Tyle było chwil dla których nie znalazłem odpowiednich słów.
A przecież to, co nienazwane – gubi się.
To, czego język nie ocali – traci sens.
Bezdomne, bezpowrotne, zmierza wprost do nieistnienia…

To chyba wystarczający powód, by znów pisać bloga.